Filip Springer

 

Reporter i fotograf, ur. 1982. Autor książek poświęconych przestrzeni i architekturze. Stypendysta Narodowego Centrum Kultury, Fundacji „Herodot” im. Ryszarda Kapuścińskiego i Miasta Stołecznego Warszawa. Nominowany do najważniejszych nagród literackich w kraju. Jego książki tłumaczone są na angielski, niemiecki, rosyjski, węgierski i chiński. Inicjator festiwalu MiedziankaFest oraz współtwórca Szkoły Ekopoetyki przy Instytucie Reportażu w Warszawie.

 

Filip Springer jest mieszkańcem Powiśla i tym samym jego skarbem. Na łamach naszej strony #1YearChallenge dzieli się historią dzielnicy, swoimi przemyśleniami i odczuciami związanymi właśnie z nią.

Nie mrok, a cień

 

Teraz już wiem, że chodzę tam po prostu po to, żeby spotkać duchy. Pierwszy raz przeczytałem o tym cieniu u Grzegorza Piątka w jego „Najlepszym mieście świata”. To książka poświęcona odbudowie Warszawy, więc spora jej część jest opowieścią o gruzach. Bardzo konkretną opowieścią. Dziś lubimy sobie ten temat metaforyzować – mówimy o mieście, które wyrosło na tamtym zburzonym, o mieście skleconym z ruin czy powstałym z popiołów. A gruzy w tamtym czasie nie były metaforą czy symbolem, ale realnym problemem. Głowiono się, co z nimi zrobić, gdzie je składować, jak wywozić, dokąd, czy może jednak jakoś odzyskiwać albo machnąć na nie ręką? Z gruzów podnosił się pył. Było go w powietrzu tyle, że każdy mieszkaniec stolicy wdychał rocznie dwie cegły – osiem kilogramów pyłu zburzonej Warszawy.

 

I to właśnie z gruzu wziął się ten cień na Dynasach.

 

U Piątka przeczytałem, że aby oczyścić z ruin Śródmieście, w 1945 roku wybudowano specjalną linię kolejową, która docierała aż do ulicy Na Skarpie. Tam śródmiejski gruz po prostu wyrzucano z wagoników, by swobodnie zsuwał się w stronę Powiśla. Mieszkańcy domów stojących przy ulicy Dynasy pod numerami 2 i 4, tych najbliżej Tamki, napisali nawet w tej sprawie list do „Życia Warszawy” (1.11.1945):

 

„Cegły, wszelkie bryły betonowe, a często i wagoniki spadają, zagrażając bezpieczeństwu tych domów, a ulica przed naszymi domami jest już prawie całkowicie zasypana. Jeśli ta robota nie ustanie, domy przez nas zamieszkane będą w krótkim czasie zasypane gruzem”.

 

Chodziłem tamtędy setki razy i cień zasnuwający ten krótki fragment ulicy wprawiał mnie zawsze w zdumienie i zamyślenie. Czasami przystawałem albo siadałem na murku i wpatrywałem się w okna domów pod numerem 2 i 4, zastanawiając się, jak jest wewnątrz. W wielu z nich nawet w środku dnia często pali się światło. Nie wiedzieć czemu, zazdrościłem im tego cienia, a przecież życie w nim musi być uciążliwe.

 

Jeden z najbardziej uznanych dwudziestowiecznych pisarzy japońskich Jun’ichirō Tanizaki pisze w książce „Pochwała cienia”, że współczesny człowiek nawykły do światła elektrycznego przegnał bezpowrotnie ciemność ze swojego świata i zapomniał o niej. A to właśnie ona sprzyja przywidzeniom, pozwala trwać złudzeniom, jest terytorium widm i duchów. „Nie ma piękna bez cienia” – dodaje. A w niedopowiedzeniu, na które pozwala cień, widział też szansę dla siebie jako pisarza:

 

„Chciałbym ponownie przywołać, przynajmniej w literaturze, świat cieni, który właśnie tracimy. A w tym przybytku zwanym literaturą kazałbym nisko opuścić okapy, przyciemnić ściany, w cieniu ukryłbym wszystko, co zbyt rzuca się w oczy i usunął niepotrzebne dekoracje. Nie chodzi o to, żeby zrobić to we wszystkich absolutnie domostwach, nikt jednak, mam nadzieję, nie zaprotestuje, jeżeli zostawimy jeden taki dom. A na próbę, żeby zobaczyć, jak to będzie wyglądało, zgasimy światło”.

 

Dopiero gdy przeczytałem o tych gruzach przedwojennej Warszawy toczących się po wiślanej skarpie w stronę Dynasów, zrozumiałem moją słabość do tego zakątka. Całe to miasto jest usiane miejscami wypełnionymi mrokiem – złą, nieprzeniknioną ciemnością ziejącą z tych tablic upamiętniających masowe stracenia, z anihilowanych kwartałów, czy jak w przypadku getta – ze zmiecionej z powierzchni ziemi dzielnicy.

 

Na Dynasach jest jednak trochę inaczej. Zawsze podskórnie czułem, że cień, który tam zaległ, nie jest zły. Że tyle samo w nim smutku po utraconym świecie, co nadziei na nowy.